07 września 2017

Lagom - szwedzka sztuka życia

Wydawane ostatnio książki o skandynawskim szczęściu i skandynawskiej (a nawet polskiej!) sztuce życia (klik!) są do siebie podobne - podobny format, sztywna okładka i dość sztywny papier, kartki pełne ilustracji, zdjęć, wykresów, infografik, ramek z faktami, ważnymi cytatami z tekstu wydrukowanymi raz jeszcze ale większą czcionką. Hygge, które od zeszłego roku pojawia się wszędzie w rozmaitych kontekstach, tak że - jak to się mówi - niedługo strach będzie otworzyć lodówkę, zniechęciło niektórych do szukania szczęścia wśród mieszkańców Północy, którym w zasadzie chyba tylko świece i koce w głowie. Wciąż zastanawiam się, jak "hyggemania" wpłynęła na obraz Skandynawii w ogóle. Byłam więc dość sceptycznie nastawiona do poradnika na podobną modłę, tyle że w duchu szwedzkim, nie duńskim. Tym bardziej, że już wcześniej spotykałam się z nazywaniem lagom trendem i to w dziedzinach, w których kompletnie się tego nie spodziewałam.



Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że sama "czuję", o co chodzi z tym całym lagom. Poznałam to słowo po prostu jako... słowo. Kiedy ktoś w restauracji zamawiał lagom stark danie (czyli średnio ostre) albo kiedy dyskutowało się o tym, że egzaminy powinny być ułożone på en lagom nivå, na średnim poziomie, nie za wysokim, nie za niskim. Czyli, jak widzicie, zero "filozofii", "sekretu życia" czy "etosu". Oczywiście, nie raz prowadziło się wokół lagom językoznawcze debaty o (nie)przetłumaczalności i czytało się, że Szwecja to takie landet lagom, kraj lagom, co łączono z prawem Jante i ideałami tolerancji, demokracji i równouprawnienia, hasłami ważnymi współcześnie dla tego kraju. O landet lagom niektórzy znajomi wypowiadali się też raczej z przekąsem, a i z telewizyjnej ankiety sprzed kilku lat wynika, że nie wszyscy Szwedzi reagują na to hasło hurraoptymistycznie. Tymczasem w tym roku, Elle i Vogue okrzyknęły lagom nowym buzzwordem, trendem, no ogólnie: jest hype na lagom.

Książka Linnei Dunne ładnie się w ten hype wpisuje i jest ładnie wydana. Ze spójnymi ilustracjami w odcieniach natury, odwołująca się do kwestii ważnych i codziennych: życie prywatne i zawodowe, jedzenie, styl, zdrowie, relacje międzyludzkie, środowisko i szczęście. Odnoszę wrażenie, że powinno się ją oceniać osobno, w dwóch różnych kategoriach, jakby były dwiema osobnymi pozycjami, z innych półek.

Lagom. Szwedzką sztukę życia można odebrać jako superprzyjemną książkę o urokach szwedzkiego życia. Zdjęcia i grafiki są trochę jak z folderu z biura turystycznego albo katalogu IKEA, z uśmiechniętymi rodzinami i pracownikami. Podobał mi się cytat z początku książki, który wydawał mi się zapowiedzią dystansu do tematu, szwedzką autoironią:

"Może i Szwedzi nie są najszczęśliwszym narodem na świecie, ale nieodmiennie plasują się w górnej dziesiątce najróżniejszych rankingów zadowolenia. Oto koronny przykład szczęścia w stylu lagom - umiarkowania, a nie euforii i uniesienia, a już zdecydowanie nie samozadowolenia."

Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy autorka jako jedną ze swoich inspiracji przywołuje postać Jonasa Gardella. Z Linneą Dunne mogłybyśmy sobie nawet przybić piątkę, bo tak skrupulatnie prezentuje ciekawe słowa - w książce znaleźli się nawet lattepappor, tatusiowie latte! Nie zabrakło oczywiście fragmentów o tym, co przyjemnie jest robić w Szwecji, a więc obowiązkowo fika, fredagsmys, lördagsgodis (choć piątkowe zajadanie się taco czy sobotnie wcinanie słodyczy z lagom mi się aż tak bardzo nie kojarzą)zakupy na loppis, a w sezonie uczty rakowe (kräftskivor) czy granie w kubb. Czyli wszystko, co tak mi bliskie i o co tak często sama jestem dopytywana. Autorka porusza też kwestię szwedzkiego work-life balance, fenomen zrzeszania się w społeczeństwie uznawanym za indywidualistów i frapujące obcokrajowców wspólne pranie. Jeśli podobała się Wam Nordicana Kajsy Kinselli, na pewno spodoba się Wam Lagom Linnei Dunne.

Dunne zapunktowała u mnie też opisem "ciemnych stron lagom", tu w książce jednoznacznie, w czarno-białym ujęciu, nazwanych mitami wokół lagom. Że niby gloryfikuje przeciętność. Że wprowadza policję obyczajową. Że potępia pewność siebie.

Z drugiej strony, warto pamiętać, że książka o lagom to wciąż lektura, którą można znaleźć na półkach oznaczonych etykietami "poradniki", "rozwój osobisty" czy "psychologia". W tych kategoriach wypada blado. Po pierwsze, nie do nie do końca rozumiem ideę zamieszczania przepisów kulinarnych w poradnikach tego typu. Po drugie, lagom, tak jak pisałam, dla mnie ma trochę inny wymiar, ale jeśli już ma urastać do rangi "filozofii" i "etosu" to trochę nie pasuje mi przykładanie ich do banalnych i często bardzo materialnych kwestii. Ale to może tylko moje odczucie. Oto wybrane cytaty z poradnikowej części, które pokazują, jak można wprowadzić lagom do swojego życia:
- "pamiętaj, żeby zawsze mieć w domu dużo świec",
- "szwedzkie tacos podnoszą samoobsługę do rangi sztuki",
- przejdź "na zieloną stronę mocy", a więc zostań wegetarianinem / weganinem, "choć trend wege nie jest wyłącznie szwedzki",
- "myśl piknikowo",
- "quiche dobrze pasuje do podejścia lagom",
- "uzupełnij stylizację prostym koczkiem, który kilka lat temu ochrzczono »kokiem Lykke Li«"
- "jedna ściana z kolorem albo tapetą jest akceptowalna, ale cały pokój to trochę za dużo. Jedna ściana jest lagom"
- "zacznij robić na drutach"
- "husvagnssemester - to najbardziej lagom urlop, jaki możesz sobie wyobrazić"
- "zgodnie z etosem lagom recycling nie powinien być trudny"

Inną rzeczą jest, że trochę smuci mnie, że potrzeba poradników, by dziś przypominać nam o prostych rzeczach, prostych przyjemnościach. Zgadzam się natomiast w stu procentach z pewnym zdaniem z książki, które podsumowuje tę całą lagom-filozofię: "Szczęście w sensie lagom nie polega na ekstremach". Prawda?



Linnea Dunne Lagom. Szwedzka sztuka życia (Lagom. The Swedish Art of Balanced Living)
Wydawnictwo Burda Publishing Polska
2017
tłum. Agata Trzcińska-Hildebrandt


Na koniec jeszcze fun fact. Pod koniec września wychodzi jeszcze jedna książka o lagom, innej autorki. Tym razem w Marginesach. Czy okładka Wam czegoś nie przypomina? ;)

źródło


25 sierpnia 2017

Szwedzka łacina podwórkowa, czyli 6 ciekawostek o szwedzkich przekleństwach

Dwudziesty piąty dzień miesiąca może oznaczać tylko jedno - ruszamy w podróż W 80 blogów dookoła świata. Tym razem zapnijcie pasy, bo będzie ostro - temat miesiąca jest językowy i padło na... przekleństwa! Szwedzkie przekleństwa to jeden z tematów, których według statystyk bloga najczęściej tu szukacie. Proszę bardzo, dziś specjalnie dla Was: 6 ciekawostek o szwedzkich przekleństwach.




#1 
Niektórzy żartują, że przeklinanie po szwedzku brzmi raczej jak recytowanie wyrwanych z kontekstu fragmentów Biblii. 
W językach świata wulgaryzmy odnoszą się do kilku motywów: części ciała, wydzieliny ciała, stosunków płciowych... Szwedzi klną natomiast najczęściej wokół motywów religijnych. Przekleństwami są na przykład jävlar, fan, satan czyli diabły i szatany, oraz helvete - piekło.



#2 
Jak przeklinać, żeby... nie przeklinać? 
Przekleństwa związane z religią jeszcze jakieś kilkadziesiąt lat temu brzmiały naprawdę bardzo ostro! Z wulgarnego szatana robiono szable (satan → sablar), z diabłów żelazne gwoździe (jävlar → järnspikar) albo... Fabiana (fan → Fabian). To tak jak nasze wszystkie kurze stopy, motyle nogi, cholibki i inne kurczęta pieczone.

#3 
Ewolucja szwedzkiej łaciny podwórkowej 
Kiedy przekleństwa religijne przestały być takim tabu, automatycznie pojawiły się inne zakazane słowa. Teraz tym "ostrzejszym" motywem są wulgaryzmy związane z seksualnością. Prawdopodobnie pod wpływem innych języków, między innymi angielskiego. Ewolucję przeszło też słowo skit (dosł. gówno), które dziś może też stanowić wzmocnienie także pozytywnych przymiotników. Nikogo więc nie zdziwi, kiedy jakiś Szwed będzie zachwycony opowiadał, że na Tinderze poznał skitsnygg dziewczynę (dosł. gównoładną)...



źródło



#4 
The F Word 
W Szwecji zdarza się słyszeć przekleństwa po angielsku, prawdopodobnie dlatego, że ich wydźwięk nie zawsze odpowiada wtedy "kalibrowi" oryginału. Czy to dlatego w Szwecji przeszły takie tytuły Fucking Åmål Lukasa Moodysona (w anglojęzycznej dystrybucji Show me love) albo Aldrig fucka upp Jensa Lapidusa (w polskim wydaniu Zimna stal) i dlatego Robin Bengtsson najpierw śpiewał w swojej piosence I can't go on, że "you look so fucking beautiful", a podczas finałów Eurowizji musiał zmienić wersję na "freakin'"?


#5 
Parszywa dwunastka? 
W skandynawskiej tradycji istnieje "przeklinanie liczbami", na przykład sjutton (17), attan (forma od 18) czy tusan (forma od 1000) - prawdopodobnie pozostałość ze średniowiecza.


#6 
Z zawodu: przeklinacz (i pijak) 
Po polsku mówi się, że ktoś klnie jak szewc, po szwedzku: jak miotlarz (att svära som en borstbindare). Te same zawody, odpowiednio szewc i miotlarz, występują też w związkach frazeologicznych dotyczących nałogowego picia.

Więcej o szwedzkim przeklinaniu możecie oczywiście przeczytać w mojej książce, I cóż, że o Szwecji, w rozdziale zatytułowanym "Zakazane owoce i jabłka niezgody".



Nie byłabym też sobą, gdybym nie poleciła Wam tych dwóch filmików związanych ze szwedzkimi przekleństwami -



Po pierwsze, Martin z jednego z moich ulubionych kanałów The Swedish Lad:




Po drugie: PewDiePe - nie wiem, dlaczego, ale bardzo często zdarza się, że na wieść o moich zainteresowaniach językiem szwedzkim znajomi wysyłają mi filmiki, w których PewDiePie przeklina. Albo kompilacje z gier, kiedy wyrzuca z siebie całe serie dziwacznych połączeń wulgaryzmów, albo te, kiedy opowiada o szwedzkich przekleństwach. Najwyraźniej więc to jest trendy. I pewnie ktoś z czytelników i tak by to podesłał:






Zajrzyjcie, co o rzucaniu mięsem w różnych językach i krajach napisali inni blogerzy!



Austria:


Brazylia:


Chiny:


Dania:

Finlandia:

Francja:

Hiszpania:
Kirgistan:

Niemcy:
Niemiecki w Domu - Przekleństwa po niemiecku

Norwegia:

Polska

Rosja:

Turcja:

Wielka Brytania:
Angielski dla każdego - Angielskie przekleństwa

20 sierpnia 2017

Prasówka Szwecjobloga #2

Oto kolejna porcja szwecjoblogowych internetowych wykopalisk i niusów!




  • Jak nazywają się te warzywa - quiz dla znających szwedzki

Brokuł, jagody goji, oberżyna, acerola, physalis czy oregano - wiele z tych roślin znamy właśnie pod takimi międzynarodowymi nazwami. Okazuje się, że mają swoje szwedzkie odpowiedniki. Ba! Nawet u nas występują pod zwyczajowymi polskimi nazwami. Jeśli nie znacie szwedzkiego i nie możecie rozwiązać quizu, polecam Wam poszukanie tych polskich ekwiwalentów - ja kilka razy nieźle się zdziwiłam!


  • Zlatan bohaterem gry na urządzenia mobilne

Zlatan Ibrahimović to już cały biznes. I to nie tylko związany z piłką nożną. Szwed zadebiutował już w branży odzieżowej, ma też swoją linię perfum. Teraz startuje z grą na urządzenia mobilne: Zlatan Legends, w której jego postać przypomina Iron Mana. Premiera miała miejsce w 17 sierpnia, początkowo będzie dostępna na iOS, zapowiadana jest też wersja na Androida.


  • Co będziemy czytać jesienią
Serwis LubimyCzytać zaprezentował niedawno listę jesiennych zapowiedzi wydawniczych. Miłośników książek, szczególnie miłośników kryminałów, pewnie ucieszy kilka szwedzkich nazwisk. Już 7 września premierę będzie mieć wyczekiwana kolejna część serii Millenium napisana przez Davida Lagercrantza: Mężczyzna, który gonił swój cień (Wydawnictwo Czarna Owca, tłum. Maciej Muszalski). W listopadzie premierę będzie mieć kolejna odsłona tajemnic Fjällbacki, Czarownica Camilli Läckberg (Wydawnictwo Czarna Owca, tłum. Inga Sawicka)

Muszę też podzielić się jeszcze jedną zapowiedzią, szczególnie dla mnie ważną. 8 listopada polską premierę będzie mieć książka Elisabeth Åsbrink 1947. Świat zaczyna się teraz (Wydawnictwo Poznańskie). Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie podczas lektury i wzbudziła równie wiele emocji, kiedy pracowałam nad jej przekładem. Mam nadzieję, że po nią sięgniecie.


  • Wywiad z Martą z bloga Veganama
Blog Marty śledzę od pewnego czasu - zaimponowała mi swoim podejściem do życia, przykuła uwagę pięknymi zdjęciami. Bije od niej spokój i szczerość. W wywiadzie w cyklu rozmów z mamami na emigracji opowiada o życiu w leśnym domku, o pierwszych krokach w Szwecji, rozwoju zawodowym, życiu "po wegańsku". Lubię czytać rozmowy z blogerami, których czytuję/oglądam. To trochę jakby rozsiąść się obok nich na kanapie i posłuchać, co mają do opowiedzenia.


  • Darmowy ebook "Wakacje z blogami"
Stworzyliśmy dla Was ebooka! My, to znaczy część składu grupy Blogi językowe i kulturowe. Zaplanowaliśmy dla Was najciekawsze wycieczki po wybranych miejscach w "naszych" krajach: Francji, Niemczech, Włoszech, Szwajcarii, Szwecji (tu - jak się domyślacie - mój wkład) Wielkiej Brytanii, Czech, Gruzji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tak powstało 87 stron wyjątkowego przewodnika ilustrowanego zdjęciami.


  • Nadchodzi wrzesień, a z nim Miesiąc Języków
Czekałam, kiedy wreszcie będę mogła zapowiedzieć Wam to wydarzenie!
Miesiąc Języków to doroczne wydarzenie organizowane przez blogerów językowych i kulturowych dla uczczenia Europejskiego Dnia Języków, 26 września. Ale ponieważ my lubimy języki, rozciągamy świętowanie na cały miesiąc. Przez cały wrzesień będziecie mogli codziennie przeczytać nowe wpisy poświęcone wybranemu językowi lub krajowi, ale połączone tematycznie z językiem polskim i Polską. Co wyniknie z takiego połączenia? Zobaczymy! Ale mamy nadzieję, że zainspiruje Was to do odkrywania i poznawania nowych języków. Żeby nie przegapić wpisów, śledźcie nasz grupowy fanpage na Facebooku, pierwszego września pojawi się pełny harmonogram, z informacjami o uczestnikach i przyjaciołach akcji. Przypomnijcie sobie, na czym polegały poprzednie edycje.

18 sierpnia 2017

Rozmównik i Sprytny słownik - czy polubimy się z takimi materiałami?

Wakacje powoli dobiegają końca, nie dziwcie się więc, że zaczęłam dość intensywnie rozglądać się za nowymi materiałami przydatnymi na zajęciach języka szwedzkiego. Zazwyczaj szukam szwedzkich książek, tym razem wydawnictwo Lingea zaskoczyło mnie wprowadzeniem nowych pozycji: Rozmównika polsko-szwedzkiego i Sprytnego słownika szwedzko-polskiego i polsko-szwedzkiego. O materiałach tego wydawnictwa - gramatyce i rozmówkach - pisałam już kiedyś na blogu. Nie wszystkie rozwiązania zaproponowane w tych książkach mi się spodobały, ale nie da się ukryć, że kieszonkowa gramatyka w pigułce opisana po polsku czy kieszonkowy słownik tematyczny o (bo tak traktuję raczej rozmówki, o czym przeczytacie w poprzedniej recenzji) to pozycje, których brakowało. Rozmównik i sprytny słownik to dla mnie rozwiązania zupełnie nowe, dlatego bardzo chciałam zapoznać się z ich formułą.




Rozmównik, czyli co?


Rozmównik polsko-szwedzki bardzo mi się spodobał, chociaż ja raczej nazwałabym tę książkę "tekstownikiem" albo "pisannikiem" - ciężko mi uwierzyć, żeby ktoś przy jej pomocy nauczył się rozmawiać, skoro w żadnym miejscu nie ma informacji o wymowie.



Autorzy we wstępie tłumaczą, że Rozmównik to połączenie słownika i rozmówek - bo zawiera nie tyle tłumaczenie słów, co całe zdania, zwroty i idiomy zawierające dane hasła, które nie są uporządkowane tematycznie, a alfabetycznie (według polskich haseł). Dlatego właśnie tak trudno mi uwierzyć, żeby ktoś rzeczywiście ratował się rozmównikiem w trakcie konwersacji, ale mam wrażenie, że świetnie sprawdzi się jako pomoc przy pisaniu wypracowań - kiedy trzeba sprawdzić, z jakim czasownikiem łączy się dany rzeczownik albo kiedy chcemy poszukać szwedzkiego odpowiednika jakiegoś polskiego powiedzenia czy zwrotu i uniknąć przy tym językowych kalk i wpadek w rodzaju "thank you from the mountain".


Podobało mi się też to, że autorzy zwracają uwagę na trudniejsze słowa, które uczącym się mogą się często mylić, tak jak przymiotnik "ciężki", który w zależności od kontekstu możemy przetłumaczyć jako tung, svår czy grov. W niektórych wprawdzie dopatruję się jakichś regionalizmów, np. Har du nyckar med dig? tłumaczone jako Masz u siebie klucze?, z lektorskiego doświadczenia chętnie dopisałabym też kilka swoich uwag w przypadku innych haseł, jak chociażby różnica między sämre värre tłumaczonymi jako "gorszy".




Rozmównik przyda się początkującym uczącym się, którzy czują się jeszcze niepewnie jeśli chodzi na przykład o kolokacje - wreszcie będzie można to sprawdzić w książkowym, kieszonkowym wydaniu, na którym można robić notatki ołówkiem, kiedy jeszcze nie ma się śmiałości szukać w korpusach i kiedy Google wypluwa dużo różnych wyników. Na pewno ucieszy też trochę bardziej zaawansowanych uczniów i studentów, którzy mogą go potraktować jako fajną kopalnię ciekawych wyrażeń.


Sprytny słownik - czy na pewno taki sprytny?

Tak jak Rozmównik bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, tak Sprytny słownik okazał się pod wieloma względami rozczarowujący. Sprytność tego słownika miała polegać na tym, że łączy w sobie cechy "dwustronnego" słownika oraz dodatkowo zawiera jeszcze 70 stron rozmówek (w środkowej części), skrócone kompendium zasad gramatyki (na końcu), a do tego dla trudniejszych słówek adnotacje dydaktyczne - czyli wszystko, czego życzyliby sobie uczniowie i studenci (i wszyscy przeżywający swoją przygodę ze szwedzkim) w jednym miejscu, w kieszonkowym formacie. Tak to mniej więcej wygląda w środku:




Jeśli przyjrzycie się układowi haseł w szwedzko-polskiej części, wszystko wydaje się być w porządku. Jest zapis wymowy - tym razem za pomocą uniwersalnych symboli, a nie "spolszczony", jak we wcześniej wydanych rozmówkach, są dodatkowe informacje o tym, jak odmieniać słowa. Dobór haseł czasem zaskakuje. Jeśli korzystacie ze słownika Kubitskyego albo śledzicie fanpage Jacek Kubitsky, pewnie nie raz zaintrygowały Was tłumaczenia, np. snitseljakt - 'polowanie na koniu za tropem zamarkowanym skrawkami papieru' albo dansa långdans genom rummen - 'przelecieć w tanecznym korowodzie przez pokoje'. W Sprytnym słowniku takich smaczków prawdzie nie znalazłam, ale i tak nieźle zdziwiłam się, że w słowniku bądź co bądź kieszonkowym i o charakterze ogólnym znalazły się takie hasła jak 'sowa pójdźka' (pod hasłem 'sowa'), 'słup totemiczny' (pod hasłem 'słup' - tu bardziej na miejscu w związku ze szwedzką kulturą byłby chyba słup majowy...), czy nazwy chorób, np. 'pryszczyca' (no dobra, wiem, że w pierwszym rozdziale podręcznika dla zaczynających naukę Rivstart w zwykłym dialogu w rodzaju "Jak się nazywasz" / "Miło cię poznać" pojawia się słowo 'próchnica', ale to wciąż inny kaliber niż 'pryszczyca') albo roślin, np. 'mieczyk' (dla ciekawych: gladiolus albo sabellilja).

To wszystko mogłoby wyglądać na to, że się czepiam, ale w słowniku znajdziemy hasła 'pryncypium', 'pryszczyca' i 'sowa pójdźka' (nigdy w życiu nie użyłam ich ucząc się szwedzkiego na poziomie podstawowym a nawet średniozaawansowanym, ale dajcie znać, jeśli ktoś z Was miał okazję, to musiała być fascynująca rozmowa), ale za to nie dowiemy się, co to tak naprawdę jest fika, nie ma też hasła lagom (tym istotniejsze, bo to bardzo modne słowo przecież), a to dwa pojęcia ważne dla szwedzkiej kultury, które na pewno pojawią się i podczas nauki, i podczas codziennych sytuacji. Nie ufam też słownikowi, który tłumaczy słowa na korpojęzyk albo sugeruje, że wszystko było tłumaczone za pośrednictwem języka trzeciego - angielskiego - i że takich kwiatków może być więcej (patrz: genomgång jako 'briefing'). Nie zaufam też słownikowi, który jako szwedzkie tłumaczenie podaje słowa w szwedzkim słowniku oznaczone komentarzem "obraźliwe" (patrz: Murzyn - svart person i Murzynka - negress. Czy to dlatego w stopce redakcyjnej nikt nie chciał podpisać się nazwiskiem tylko ukryć się pod pojęciem "zespołu redakcyjnego Lingea"? 


Co jeszcze? Dobrym pomysłem było umieszczenie na końcu gramatycznego kompendium, takie rzeczy zawsze się przydają przy słownikach, kiedy od razu możemy sprawdzić, co z danym słowem można dalej zrobić. Szkoda tylko, że i tam napotkałam te kwestie, które przeszkadzały mi w Gramatyce i Rozmówkach: objaśnienia symboli wymowy, w tyɕ, o którym debatowałam już w poprzednim wpisie i na Facebooku, które tu znów zapisane jest innym symbolem i tym razem opisane już nie jako "sz", ale "głoska podobna do polskiego cz, ale wymawiana bardziej miękko". Chodzi o dźwięk w słowach kjol, tjugo, kärlek, köpa, kilometer, a objaśnienia powinny dotyczyć wymowy standardowej a nie dialektalnej. Znów mam wrażenie, że jeśli książka nie jest typowym słownikiem, a tak chyba chcieli autorzy, dodając część rozmówkową, przydałaby się płyta z nagraniami. W rozmówkach i w tej wersji brakuje rodzajników w części, gdzie wypisane są w słupku - narzekałam na to poprzednio, teraz można się bronić tym, że jest przecież obszerna część słownikowa, w której wszystko można sprawdzić od razu.



Podsumowując: Rozmównik na pewno trafi na moją półkę jako źródło inspiracji i materiał do inspirowania innych. Cieszę się, że zwraca się uwagę na to, jak ważne jest, by uczyć się słów w kontekście, z konkretnymi zwrotami, w całych wyrażeniach, by unikać wpadek dosłownego tłumaczenia. Sprytny słownik bardzo mnie zawiódł. Formuła sama w sobie wydała się atrakcyjna, ale sama książka zamiast słownictwa uczy raczej tego, jak wiele ostrożności potrzeba przy korzystaniu ze słowników...



Na jakie rzeczy Wy zwracacie uwagę przy wyborze materiałów do języka obcego? Jakich materiałów do języka szwedzkiego Wam najbardziej brakuje, czy jest coś, co chcielibyście zobaczyć w polskich księgarniach, w porównaniu z szeroką ofertą materiałów do języków "popularnych", np. angielskiego czy niemieckiego? 

09 sierpnia 2017

Prasówka Szwecjobloga #1

Zaczynamy nowy cykl! Jak wiecie, staram się śledzić, co w internecie piszczy: wpadam na ciekawe artykuły, zaskakujące niusy i ciekawostki. Wiele z tych rzeczy trafia nawet na fanpage na Facebooku! Niestety, życie takich udostępnianych informacji jest dość krótkie, czasem ciężko też w ten sposób wrócić do materiałów, które chciałoby się sobie przypomnieć. Dlatego teraz kilka razy w miesiącu będziemy spotykać się tu na prasówce. 


A co w pierwszej takiej prasówce?
  • program radiowy Sommar i P1 z udziałem Jerzego Sarneckiego (dla znających język szwedzki)
W programie pierwszym Szwedzkiego Radia ogromną popularnością cieszy się program Sommar, który przez całe lato codziennie ma innego gospodarza (sommarpratare), opowiadającego na wybrany przez siebie temat związany z jego/jej życiem i ilustrującego swoją opowieść muzyką. Gospodarzami są osoby sławne: aktorzy, piosenkarze, artyści, dziennikarze, pisarze, sportowcy, naukowcy... 

25 lipca tego roku gospodarzem był Jerzy Sarnecki - pochodzący z Polski znany i ceniony profesor kryminologii. W programie opowiadał o swojej rodzinie, o rodzicach, którzy przeżyli Auschwitz, o emigracji do Szwecji i jak zmieniła jego życie, o zmaganiach z dysleksją, a także statystykach dotyczących przestępczości.

Bardzo ciekawie się go słuchało, bardzo przyjemna dla ucha była też playlista.


  • wywiad z Jerzym Sarneckim (po polsku)
Jeśli nie mogliście posłuchać audycji, przeczytajcie rozmowę z Jerzym Sarneckim. Są tam pytania o przyszłość Szwecji, wyjaśnienia na temat przestępstw popełnianych w tym kraju, porównania polskiej emigracji do Szwecji dawniej i dziś oraz komentarze dotyczące obecnej sytuacji w Polsce.


  • wywiad z Beą Uusmą, autorką książki Ekspedycja
O tym, jakie wrażenie zrobiła na mnie Ekspedycja i jej autorka, pisałam już na blogu. W wywiadzie, którego udzieliła do Wysokich Obcach, Uusma również fascynuje: swoją determinacją, poświęceniem, zainteresowaniem niezwykłymi, nieco zapomnianymi historiami. Zaskakuje sposobem, w jaki tworzyła książkę. Dowiecie się też tego, co dalej dzieje się z jej badaniami, bo stan rzeczy opisany w książce, to jeszcze nie koniec.


  • Polacy chcą drugiej Szwecji?
"Ekonomiści z Akademii Leona Koźmińskiego Katarzyna Piotrowska i Gavin Rae zadali ankietowanym kilkadziesiąt szczegółowych pytań: o rolę państwa w gospodarce, mechanizmy redystrybucji, rolę związków zawodowych czy filozofię podatkową. [...] Z badań Piotrowskiej i Rae wyłania się zatem interesująca myśl. Polacy ciągle jeszcze trochę wstydzą się mówić, że chcieliby żyć w kraju na wskroś opiekuńczym. Ale gdy popytać ich o konkrety, to wychodzi, że marzą ni mniej, ni więcej tylko o Skandynawii nad Wisłą."

  • Czy warto uczyć się języków "niszowych" (takich jak szwedzki)?
Znajomość angielskiego przestała być czymś wyjątkowym. Niemiecki, włoski, francuski, hiszpański czy rosyjski są językami, które często znajdują się w ofercie państwowych szkół i są wciąż bardzo potrzebne na rynku pracy. A co ze szwedzkim, norweskim, fińskim, węgierskim, słowackim, litewskim, łotewskim albo japońskim? Czy warto uczyć się języków "niszowych"? Co można dzięki nim zyskać?

Na to pytanie odpowiadam na blogu Justyny razem z innymi gośćmi.
http://dajslowo.pl/czy-warto-uczyc-sie-rzadkich-jezykow-obcych/


  • Plaga szczurów i nowy sportowy trend?
Ostatnio w wiadomościach straszono informacją o pladze szczurów w południowej Szwecji. Nie podawano wprawdzie liczby szczurzej populacji, ale szwedzkie przedsiębiorstwo deratyzacyjne Anticimex donosi o zwiększonej liczbie zgłoszeń problemów z gryzoniami. Szczurów w miastach podobno prawie zawsze jest więcej niż ludzi (wiosną informowano o ponad dwóch milionach szczurów w samym Wrocławiu). Szwedzcy eksperci twierdzą, że przyczyną problemu jest gwałtowny rozwój budownictwa w regionie: budowlany boom sprawia, że szczury są zmuszone szukać sobie nowych siedlisk i dlatego częściej są dostrzegane "na powierzchni". Ponadto, latem spotyka się więcej szczurów i z tego błahego powodu, że więcej czasu spędza się na dworze, w tym w późnych godzinach wieczornych.
Tak czy siak, warto pamiętać, że dla szczurów idealnym miejscem ucztowania są na przykład śmieci i resztki jedzenia po pikniku na świeżym powietrzu, dlatego tak ważne jest zachowywanie czystości. Sportowiec Erik Ahlström lansuje więc trend nazwany ploggning od joggning (tu bez zaskoczenia, jogging) i plocka (zbierać) - bieganie połączone ze zbieraniem śmieci. Ahlström uważa, że sprzątanie środowiska nie powinno być żadnym tabu, a ta nietypowa aktywność łączy sobie pożyteczne działania i bezpośrednio dla naszego zdrowia, i dla natury. Jeśli nie lubicie biegać, jako ploggning liczy się też zbieranie odpadów podczas spaceru z psem. 

03 sierpnia 2017

"Tak sobie wyobrażałam śmierć" - czy tak sobie wyobrażałam kryminał?

W upalne dni lata chętniej sięgam po kryminały - podświadomie pewnie z nadzieją na historie mrożące krew w żyłach i dosłownie przyprawiające o ciarki. Na te wakacje już wypatrzyłam sobie kilka tytułów, które powinny znaleźć się na półce. Pierwszą, po którą sięgnęłam, było Tak sobie wyobrażałam śmierć Johanny Mo.


Z twórczością Mo spotkałam się w numerze "Obcy po szwedzku" kwartalnika "FA-art" - tam ukazał się fragment jej powieści Więcej życia, niż przywykłam, której bohaterka czuje się tak wyobcowana, że jej duch (czy może raczej alter-ego?) opuszcza ciało, by podejrzeć życie sąsiadów. Początek Tak sobie wyobrażałam śmierć, kryminalny debiut autorki, miałam też okazję czytać w oryginale -zaintrygowała mnie wtedy postać bohaterki i nietypowy modus operandi sprawcy, ucieszyłam się więc, że będę mogła poznać historię do końca już w polskim przekładze.

Helenę Mobacke poznajemy, kiedy wraca do pracy w policji po dłuższej przerwie. Dopiero próbuje pozbierać się po śmierci synka i rozstaniu z ukochanym, który nie potrafił poradzić sobie w nowej sytuacji. Bohaterka od razu musi zmierzyć się z trudnym dochodzeniem, które obudzi w niej wiele wspomnień. W sztokholmskim metrze pojawia się zabójca, który wpycha swoje ofiary prosto pod pędzące pociągi, jako pierwszy ginie młody chłopak. Mobacke musi zmierzyć się z własną traumą, zyskać zaufanie nowych współpracowników i znaleźć odpowiedź na pytania, kto i dlaczego zabija.

Czytanie o przeżyciach Mobacke było dla mnie naprawdę trudne - chwilami dlatego, że Mo całkiem przekonująco potrafi pisać o utracie, paraliżującym niepokoju i żałobie. Chwilami też jendak dlatego, że wewnętrzna szamotanina komisarz odciągała uwagę od śledztwa, dla którego sięgnęłam po powieść kryminalną. Zdecydowanie wśród kryminałów wolę takie, gdzie sprawcy są bardziej wyrafinowani, detektywi bystrzy, gdzie czytelnik jest trzymany w napięciu i może złożyć sobie całą historie jak puzzle. Czytając Tak sobie wyobrażałam śmierć, miałam wrażenie, że policjanci trafiają na trop zabójcy przypadkiem. Tak samo i czytelnik, nawet jeśli cześć rozdziałów śledzi właśnie z jego perspektywy. A jedyną "supermocą" i sprawcy, i pani komisarz, okazuje się rozpacz.

Właściwie, to nie tak sobie wyobrażałam kryminał. Ale najwyraźniej Johanna Mo też nie. Biorąc pod uwagę jej wcześniejszy dorobek, kryminalny debiut może miał właśnie być książką, której nie da się jednoznacznie umieścić ani na półce z kryminałami policyjnymi, ani powieściami psychologicznymi. W każdym razie ja wolę wierzyć w taką wersję. Nie polubiłam się za bardzo z Heleną Mobacke, ale nikt też przecież nie mówił, że do głównych bohaterów trzeba pałać sympatią. Czekam więc na tom drugi (w Szwecji wyszedł w 2014 roku) - tam podobno coraz mniejszą sympatię do bohaterki będzie żywić jeden z policjantów, a śledztwo będzie toczyć się wokół fanatyzmu religijnego. Zapowiada się znów więcej emocji niż cliffhangerów, z czego warto sobie zdawać sprawę, sięgając po książkę.



Johanna Mo, Tak sobie wyobrażałam śmierć (Döden tänkte jag mig så)
Wydawnictwo Editio
2017
tłum. Alicja Rosenau

28 lipca 2017

Szczęście po skandynawsku, czyli hygge, cisza i lagom?

Szukanie skandynawskiego sposobu na szczęście stało się niemal obsesją piszących, wydawców i czytelników. Sama patrzę trochę z przymrużeniem oka na te frenetyczne poszukiwania, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała do takich książek. Do wpisu przygotowywałam się dość długo, bo wciąż docierały do mnie informacje o kolejnych nowościach (w trakcie pracy nad tekstem przeczytałam zresztą zapowiedzi dwóch kolejnych o zbliżonej tematyce). Zobaczcie więc, co wpadło mi w ręce i jak się czytało!


Hygge odbija się czkawką?

Wiem, że pewnie wielu z Was na sam dźwięk słowa hygge robi się trochę niedobrze, bo chyba się przejadło. Ale akurat Klucz do szczęścia to naprawdę całkiem w porządku książka. Nawet jeśli nie odkrywa Ameryki, jest bardzo przyjemna w odbiorze. Przypadła mi do gustu zdecydowanie bardziej niż większość publikacji, w których treści do czytania jest zdecydowanie mniej niż obrazków do oglądania, bo raczej mają służyć ładnemu prezentowaniu się na ławie albo na Instagramie. Autor ujął mnie tym, że o Duńczykach potrafi pisać nie tyle z cukierkowym zachwytem, ale przemycając też dużo przezabawnych "prztyczków", na przykład dotyczących języka (no cóż, kto nigdy nie żartował z języka duńskiego...). Podobało mi się też, że wprost pada stwierdzenie, że Duńczycy wcale nie maja monopolu na stan, jaki nazywają hygge (wiele innych hyggowych publikacji sugeruje, że jednak tak jest). Z zainteresowaniem śledziłam różnego rodzaju statystyki, nawet jeśli wartość niektórych też dobrze byłoby potraktować z przymrużeniem oka. Przepisy kulinarne to może niekoniecznie to, co mnie interesuje najbardziej (szczególnie opatrzone dziwnym fonetycznym zapisem nazw potraw), ale różnego rodzaju listy w rodzaju "jak "zrobić sobie hygge" z rozpiską na cały rok, to akurat fajny, sympatyczny pomysł.

Usłyszałam kiedyś, że to wręcz skandaliczne, że w czasie, kiedy na świecie dzieje się tyle niedobrych rzeczy i zachodzi tyle poważnych zmian, my zachwycamy się akurat hygge. Moim zdaniem to właśnie dlatego się tym zachwycamy. I może właśnie dlatego wręcz powinniśmy nauczyć się doceniać drobne przyjemności.


Meik Wiking, Hygge. Klucz do szczęścia (The little book of hygge)
Wydawnictwo Czarna Owca
2016
tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny


Po cichu

Cisza Erlinga Kagge to książka potrzebna czytelnikom prawdopodobnie z tych samych powodów, co mnożące się w nieskończoność publikacje o hygge. Wobec Ciszy miałam wysokie oczekiwania. Polski przekład otrzymał wsparcie z programu dotowania tłumaczeń literatury norweskiej NORLA, co świadczyło o wartości książki. Zaskoczyło mnie, ile miejsca promocja książki zajęła akurat w internecie, który jest przedstawiany jako zaprzeczenie ciszy właśnie. Zaciekawiła też postać autora: Erling Kagge określony został "myślicielem na miarę XXI wieku", to podróżnik, który jako pierwszy człowiek na świecie doszedł samotnie na biegun południowy, zdobył oba bieguny i  Mount Everest. Jakby tego było mało, jest też prawnikiem, przedsiębiorcą i kolekcjonerem sztuki. I założył w Norwegii własne wydawnictwo. Kiedy czytałam książkę, miałam niestety wrażenie, że Kagge próbuje się lansować na celebrytę. I dlatego książkę wydał sobie sam. Nie do końca kupuję pomysł, by jako punkty odniesienia traktować i cytaty z Pascala, Heideggera, Kanta czy Wittgensteina, japońskie haiku i jednocześnie... teksty piosenek Depeche Mode i Rihanny. Trochę się w tym wszystkim pogubiłam, choć książeczka, zamknięta w naprawdę pięknej okładce, zawiera tak naprawdę niezbyt skomplikowane pytania o ciszę i jej miejsce w życiu. 



Erling Kagge, Cisza. Opowieść o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać (Stillhet i støyens tid. Gleden ved å stenge verden ute)
Wydawnictwo Muza
2017
tłum. Iwona Zimnicka




Lagom? Serio?

Na początek trzy ciekawostki. Po pierwsze: czy wiecie, jak dosłownie brzmi tytuł tej książki w oryginale? 10 porad - poczuj się lepiej i przeżyj 10 lat dłużej. Po drugie: w Szwecji książka nie była lansowana poprzez lagom. To słowo, owszem, pojawia się gdzieś we wstępie, ale to tyle. Po trzecie: na szwedzkiej okładce nie podkreśla się, że autor jest lekarzem. Na naszym rynku mamy za to cudownie odkryty "skandynawski sekret", złotą (naprawdę na złoto na okładce) szwedzką zasadę umiaru i nazwisko poprzedzone literkami "dr" -  to wszystko ma skłonić czytelnika do sięgnięcia po książkę, bo będzie modna (bo boom na Skandynawię) i napisana przez eksperta. Skandynawski sekret okazuje się wydawniczą wydmuszką. Porady doktora Marklunda przypominają mi o wszystkim, o czym uczyłam się na lekcjach przyrody w szkole: że ważne są ruch, sen, unikanie stresu, odżywianie (tu idealnie pasowałby mem w rodzaju "thank you, Captain Obvious"). Jedne, co w tej książce mnie urzekło, to fragmenty poświęcone kawie, przekonujące, że jej picie wcale nie jest takie złe, jak chcieliby niektórzy - czegóż innego można spodziewać się od Szweda? 


dr Bertil Marklund, Skandynawski sekret. 10 prostych rad, jak żyć szczęśliwie i zdrowo (10 Tips – Må bättre och lev 10 år längre)
Wydawnictwo Marginesy
2017
tłum. Agata Teperek



Jak żyć?

Poradnik Matsa i Susan Billmarków reklamowany był hasłem "Poznaj skandynawski sposób na szczęście i naucz się żyć na nowo". Byłam ciekawa, ile będzie w nim typowego poradnika psychologicznego i myśli w rodzaju "Jesteś zwycięzcą", a ile lansowania skandynawskiego szczęścia przy świecach, pod kocem i z dobrym jedzeniem. Tym razem dostajemy zdecydowanie to pierwsze, więcej konkretów, metod, zadań zamiast samych pięknych cytatów (choć te cytaty też są, nawet na osobnych, kolorowych stronach). Swoją drogą, taki charakter też może zniechęcić czy nawet odstraszyć - mnie autorzy z początku skojarzyli się z nawiedzonymi coachami, którzy zbierają ludzi na spotkania, gdzie każą chórem powtarzać swoje motto, a potem tłumaczą, jak żyć. Nie do końca też czułam się docelowym odbiorcą poradnika, bo całkiem duża jego część poświęcona była tematom wychowania dzieci i nastolatków. Czy obraz szczęśliwych Skandynawów rzeczywiście pasuje do treści tego poradnika? Jak najbardziej - wysoki poziom stresu, tak zwane "niezdrowie" psychiczne i wypalenie zawodowe to poważne problemy, na które w Szwecji słusznie zwraca się uwagę już od pewnego czasu. Wprawdzie po lekturze nie do końca potrafię odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, na czym polega "metoda Billmarków", ale znalazłam w tej książce kilka mądrych spostrzeżeń, które powinnam wziąć głęboko do serca, by zmienić organizację swojego czasu.


Mats i Susan Billmark, Naucz się żyć (Lär dig leva. Mindre stress)
Wydawnictwo Otwarte
2017
tłum. Małgorzata Kłos


Hygge po polsku?





Kiedy Facebook wyświetlił mi reklamę Jakoś to będzie, przecierałam oczy ze zdumienia. Najpierw załamałam ręce -  no bo niby fajnie, że ktoś pomyślał, że "Polacy nie gęsi" i swoje hygge mają, ale z drugiej strony wyszło na to, że jednak musimy gęgać tak, jak nakazują trendy rynku wydawniczego. Jeśli wszyscy szukają szczęścia zawartego w jednym haśle, to my też... Potem stwierdziłam, że książce trzeba dać szansę. Znając polskie poczucie humoru i szyderę (o której - jak się potem przekonałam - piszą nawet w tej książce), liczyłam na poradnik napisany z przymrużeniem oka, bardzo ironicznie.

Co z tego wyszło? Książka, o której tak naprawdę nie wiem, co sądzić. Czytało się całkiem w porządku, nawet parę razy się zaśmiałam pod nosem, parę razy przeczytałam na głos fragmenty Mężowi, parę miejsc zaznaczyłam sobie samoprzylepną zakładką. Znalazłam interesujące statystyki, pochłonęłam ciekawostki językowe, ucieszyłam się, ile fajnych postaci zabrało głos na różne tematy, związane z ich działalnością: Wojciech Mann, Michał Rusinek, Aleksander Doba, Magdalena Grzebałkowska, Jerzy Owsiak, Rafał Madajczak z ASZdziennika... Zachłysnęłam się tym, że autorzy podkreślają, że multi-kulti polskiej historii nieobce: warto o tym pamiętać! Jakoś to będzie pod wieloma względami też mnie jednak irytowało. Po pierwsze: samo hasło w tytule. Skojarzyło mi się z piłkarskim "Nic się nie stało!" i trochę ukłuło w serce, że naszą filozofię szczęścia mamy odkrywać dzięki porażkom (no bo "Jakoś to będzie" pada przecież w sytuacji, kiedy chcemy odbić się od dna, a nie celebrować przytulność i równowagę, jak w przypadku hygge i lagom). Po drugie: format i layout jakoś za bardzo przywodził mi na myśl książkę Meika Wikinga. Po trzecie: wątpliwości budziło we mnie romantyczne idealizowanie i wychwalanie tego, co raczej uważane jest za obciachowe: pastelozy, budowlanych chałtur, niepohamowania w narzekaniu. I wreszcie czwarta sprawa: zagraniczne hygge-książki pisane są wprawdzie przez Skandynawów, ale w większości przypadków po angielsku, z założeniem, że mają promować skandynawski styl życia za granicą. "Szczęście po polsku" opisano... po polsku, dla Polaków. Czyżbyśmy najpierw sami musieli się przekonywać, że jesteśmy fajni i szczęśliwi, zanim zaczniemy się tym chwalić przed resztą świata?

Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis, Urszula Pieczek, Jakoś to będzie. Szczęście po polsku
Wydawnictwo Znak
2017


Czy znaleźlibyście w tych tytułach coś dla siebie?

25 lipca 2017

Szwedzkie piosenki biesiadne

Znów spotykamy się dwudziestego piątego dnia miesiąca, by wyruszyć w podróż "W 80 blogów dookoła świata". W tej odsłonie - już czterdziestej - naszym tematem przewodnim będzie alkohol. Oczywiście, nie będziemy namawiać Was do zaglądania do kieliszka z trunkami z różnych stron świata, ale przedstawimy Wam za to różne kulturowe i językowe ciekawostki.



Wielu osobom temat alkoholu w Szwecji kojarzyć się może przede wszystkim z wysokimi cenami i sklepami monopolowymi. O historii szwedzkiej polityki alkoholowej możecie przeczytać w mojej książce "I cóż, że o Szwecji",  dziś natomiast chciałam przedstawić Wam temat nieco luźniejszy, zabawniejszy i rozśpiewany, o którym w książce tylko wspomniałam:

"Rozmaitość biesiadnych piosenek, tak zwanych snapsvisor, oraz gorliwość, z jaką ucztujące towarzystwo dołącza do zaśpiewu, potrafi wprawić w osłupienie obcokrajowców trafiających na zakrapiane szwedzkie imprezy. Mówi się, że zwyczaj odśpiewywania snapsvisor, często o zabawnym tekście i na jakąś znaną, popularną melodię, wywodzi się właśnie z czasów zaostrzenia alkoholowych regulacji, że jednoczenie się w pieśni i toastach miało uświetnić delektowanie się reglamentowanym towarem. Zwyczaj przetrwał do dziś, cały czas pisane są też nowe przyśpiewki, a twórców motywuje sztokholmskie Muzeum Alkoholi (Spritmuseum), organizując mistrzostwa w tej dyscyplinie (od 1995 mistrzostwa Szwecji, od 2012 roku mistrzostwa świata, w których biorą też udział Finowie)".
Najpopularniejszą z takich piosenek biesiadnych jest Helan går. Jeśli nawet nie mieliście okazji usłyszeć jej na szwedzkiej imprezie, to możecie ją kojarzyć z filmów czy talk show, w których gościli aktorzy związani ze Szwecją.



O czym jest tekst? Mnie kojarzy się z naszym "a kto z nami nie wypije, niech się pod stół skryje". Poza tym, tekst ujawnia też interesującą kulturowo-językową ciekawostkę: po szwedzku kolejne kieliszki (kolejne kolejki) mają swoje osobne nazwy. Tradycja sięga dziewiętnastego wieku, a nazwy nadano podobno aż po siedemnaście kolejek!

Helan går, sjung hopp faderallan lallan lej, 
helan går, sjung hopp faderallan lej. 
Och den som inte helan tar, han heller inte halvan får, 
Helan gåååååååår, [...] sjung hopp faderallan lej.

Ja przetłumaczyłabym to tak (z przymrużeniem oka):

Leci Pierwszy Kielonek, sialalalala
leci Pierwszy Kielonek, sialalalaa.
Ten, kto nie wypije Pierwszego Kielonka, nie dostanie Drugiej Lufki,
Leci Pierwszyyyyyyyyy [...] sialalalalalala!



O snapsvisor nakręcono też odcinek na kanale Say It In Swedish. Zobaczycie tu, że kieliszki mają też swoje inne "pieszczotliwe nazwy", np. pärlan, perła czy jak tutaj: geting, osa. Stąd w jednej przyśpiewce pojawia się gra słów, którą trudno oddać po polsku.




Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.
Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.
Vi äro små humlor som tar oss en geting.

Vi äro små humlor vi, bzz, bzz.



Jesteśmy małymi bąkami, bzz, bzz.

Jesteśmy małymi bąkami, bzz, bzz.

Jesteśmy małymi bąkami i zabieramy się za osę.
Jesteśmy małymi bąkami, bzz bzz.



Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen. 
Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen. 
Man kunde dra den upp och ner, så att den kändes som många fler. 
Tänk om jag hade lilla nubben uppå ett snöre i halsen.

A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.
A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.
Można byłoby za niego ciągnąć, żeby wydawało się, że jest tego więcej.
A gdybym miał kieliszek na sznurku na szyi.



Wiele piosenek śpiewanych jest też na znane ludowe melodie, tak jak tutaj, na melodię Horgalåten:




Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då ä’ de’ sörjeligt, då ä’ de’ sörjeligt.
Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då kan en lägg me’ ner och tvärdö!


:/ Men får jag öl och får ja brännvin,
ja då kan jag dansa natten lång. /:


Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,
då ä’ de’ sörjeligt, då ä’ de’ sörjeligt.

Få’nt jag inge öl och inge brännvin ä’ de’ sörjeligt,

då kan en lägg me’ ner och tvärdö!


W dużym skrócie biesiadnicy śpiewają, że jeśli nie dostaną piwa ani wódki, to będzie przykro i będą mogli położyć się umrzeć. A jeśli dostaną piwo i wódkę, przetańczą całą noc.

Wisienką na torcie niech będzie dla Was ta przyśpiewka. Jest w dialekcie z Dalarna, stąd nie przygotowałam dla Was tłumaczenia, ale mam nadzieję, że wystarczy Wam obecność gwiazd takich jak Benny Andersson, Helen Sjöholm, Tommy Körberg, Kalle Moraeus i Veronica Maggio oraz ich wspaniałe głosy!





Przeczytajcie jeszcze pozostałe wpisy w tej edycji akcji:

Chiny:

Finlandia:


Francja:


Gruzja:


Hiszpania:


Irlandia:

Japonia:

Kirgistan:

Niemcy:

Rosja:

Szwecja:

Turcja:

Wielka Brytania:


Włochy:

Wielojęzyczne:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...