10 lipca 2017

Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie





Lubicie morze? Lubicie lato? Lubicie filmy skandynawskie? Lubicie oglądać je za darmo? Jeśli odpowiedzieliście twierdząco na te pytania, to znaczy, że Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie jest dla Was! Tegoroczna, siedemnasta już, edycja festiwalu odbędzie się w dniach 17-23 lipca, a na seanse widzów zaprasza darłowskie kino Bajka. Szwecjoblog po raz kolejny wspiera gorąco ten projekt jako patron medialny - bardzo cieszę się, że filmy z Północy na stałe wpisały się w kulturalny nadmorski kalendarz. Niestety, sama nie dotrę w tym czasie do Darłowa, przygotowałam za to dla Was krótki wybór tych punktów programu, na które sama na pewno bym się wybrała (może Wy opiszecie mi Wasze wrażenia po seansach?) albo na które na pewno chciałabym Was zaprosić.

Zacznijmy, jak na Szwecjoblog przystało, od szwedzkich propozycji.



Dla dorosłych
Stado (Flocken), reż. Beata Gårdeler, 2015


Stado bardzo chciałam zobaczyć, odkąd dowiedziałam się, że zdobył aż trzy Złote Żuki 2016: za najlepszą żeńską rolę drugoplanową, najlepszą muzykę i najlepsze zdjęcia. Klimat zwiastuna skojarzył mi się z Intruzem Magnusa von Horna, wydaje mi się, że w obu filmach mogą być przedstawione podobne napięcia: młodzi ludzie kontra lokalna społeczność. I pewne dramatyczne wydarzenia w tle.


Szwedzka teoria miłości (The Swedish Theory of Love), reż. Erik Gandini,  2015


Szwedzka teoria miłości pojawiła się na ekranach polskich kin już jakiś czas temu i wciąż na nie wraca, wywołując wiele emocji i wiele pytań. Na blogu pisałam Wam już o moich wrażeniach po obejrzeniu tego filmu Erika Gandiniego. Jeśli będziecie mieć okazję, zobaczcie też film Chirurg buntownik o jednym z bohaterów Szwedzkiej teorii miłości, o nim też mogliście już u mnie przeczytać


Mężczyzna imieniem Ove (En man som heter Ove) reż. Hannes Holm, 2017 


Wprawdzie zdecydowanie bardziej wolę książkę Fredrika Backmana niż film, który powstał na jej podstawie (przeczytajcie, jakie wrażenie na mnie zrobiła), ale ekranizacja jest naprawdę dobra, a Rolf Lassgård  i Filip Berg świetnie wypadają w roli Ovego, starszego i młodego. Obejrzycie koniecznie.

Dla dzieci


To urocze, że w festiwalowym programie codziennie znajdują się seanse dla dzieci. Wśród szwedzkich propozycji znajdziecie klasyki na podstawie historii stworzonych przez Astrid Lindgren. Dorośli, pamiętacie te filmy?
Nils Paluszek (Nils Karlsson Pyssling) / reż. Staffan Götestam, 1990 


Nowe przygody dzieci z Bullerbyn (Mer om oss barn i Bullerbyn), reż. Lasse Hallström, 1986

źródło

I cóż, że nie ze Szwecji...
W programie znalazłam kilka tytułów spoza Szwecji, które od pewnego czasu znajdują się na mojej liście do obejrzenia.

Małżeńskie porachunki (Dræberne fra Nibe) reż. Ole Bornedal, 2017

Z duńskich propozycji w programie najbardziej zainteresował mnie film z Marcinem Dorocińskim w roli rosyjskiego płatnego mordercy, który ma pozbyć się żon dwóch znużonych związkami panów. Komedia kryminalna, czarny humor, czyli to, w czym Duńczycy wydają się nieźli!



Fala (Bølgen), reż. Roar Uthaug, 2015

Nie przepadam za filmami katastroficznymi, ale norweska Fala zaintrygowała mnie tym, że to pierwszy skandynawski film katastroficzny. No i do tego zdobył wiele wyróżnień, a nawet był norweskim typem do Oscara! Chyba jednak powinnam się przemóc i dać temu tytułowi szansę!


Fúsi, reż. Dagur Kári, 2015


Na filmwebowym forum ktoś nazwał islandzki film Fúsi "skandynawską Amelią". Podobno jest baśniowo, artystycznie. Tyle mi chyba wystarcza, by chcieć to zobaczyć!
Pełny program  z datami i godzinami poszczególnych seansów i więcej informacji znajdziecie na stronie festiwalu
Które filmy znalazły się na Waszej liście "do obejrzenia"? A może już je znacie?

25 czerwca 2017

Semester semestrowi nierówny, czyli szwedzkie wakacyjne słownictwo

Pierwszy dzień lata za nami, zakończenie roku w szkołach też. A więc już oficjalnie mamy wakacje. To idealny moment, by wyruszyć w podróż "W 80 blogów dookoła świata" w poszukiwaniu wakacyjnego słownictwa. Ciekawostki jak zawsze przygotowują blogerzy piszący o językach i kulturze i to na ich blogach dziś o tej samej godzinie pojawią się specjalne teksty.




Szwedzkie słowo oznaczające wakacje, urlop, to SEMESTER - to też chyba jeden z pierwszych poznanych przeze mnie tak zwanych "fałszywych przyjaciół" w językach szwedzkim i polskim. Jak to możliwe, że to, co dla nas oznacza czas pracy, dla Szwedów jest określeniem na czas wolny? Etymologicznie semester odnosi się do okresu sześciu miesięcy, połowy roku (od łacińskiego semestris) i takie właśnie znaczenie ma w większości języków. W Szwecji w XVIII wieku zaczęto używać francuskiego określenia congé de semestre, oznaczającego półroczny "urlop" dla żołnierzy, w odniesieniu do wojskowych przepustek w ogóle (nie tylko sześciomiesięcznych), a później i w odniesieniu do urlopów przedstawicieli innych zawodów.

Semester to przeciwieństwo naszego semestru, ale i szwedzki semester semestrowi nierówny. W języku szwedzkim można znaleźć (i skonstruować) wiele ciekawych określeń na różnego rodzaju wakacje, w zależności od tego jak, gdzie i z kim się je spędza.

Na "liście nowych słów" Rady Języka Szwedzkiego, którą śledzę z upodobaniem i niegasnącą fascynacją (o czym więcej możecie przeczytać na przykład TUTAJ) w 2009 roku znalazły się trzy nowe słowa związane z wakacjami właśnie. Językowe nowości często odzwierciedlają światowe trendy, podobnie jest i w tym przypadku. Kryzys ekonomiczny, który zostawił swój ślad w szwedzkich portfelach, sprawił, że wielu Szwedów zrezygnowało z zagranicznych wojaży i zamiast tego spędzało wakacje w swoim kraju. Poza tym, takie rozwiązanie jest też bardziej ekologiczne, przez co nieźle wpisywało sie w szwedzkie myślenie. Stąd właśnie popularność określenia SVEMESTER - powstałego od Sverige (Szwecja) i semester. Szwedzi częściej decydowali się też zrezygnować z wyjazdów w ogóle i zostać w domu (najchętniej w letnim domku poza miastem), a więc spędzić HEMESTER - ett hem oznacza dom. Na listę trafiło też słowo FRIMESTER, z członem fri - wolny. Frimester to wakacje, kiedy jest się wolnym od pracy w stu procentach, z wyłączonym telefonem i bez dostępu do służbowej skrzynki mailowej. Takie "skrzyżowania wyrazów" w szwedzkiej terminologii nazywa się "teleskopowymi słowami", teleskopord, bo składają się trochę jak teleskopowe rurki, wchodzące jedna w drugą.



W szwedczyźnie fascynują mnie też złożenia, sammansättningar: długie i często bardzo precyzyjne słowa - o tym, dlaczego mnie tak ciekawią, pisałam kilka lat temu na blogu. Istnieje garść złożeń, dzięki którym możemy doprecyzować, jak spędzamy wakacje. Na przykład w zależności od tego, jakim środkiem lokomocji poruszamy się podczas podróży. Jeśli jeździmy samochodem, spędzamy BILSEMESTER - po wpisaniu tego hasła w Google od razu trafimy na wiele porad, jak podróżować samochodem po Europie, jakie przepisy obowiązują w różnych państwach i gdzie znaleźć drogi z zachwycającymi widokami. Jeśli udało nam się znaleźć atrakcyjną promocję na podróże koleją, czeka nas TÅGSEMESTER. Wielu Szwedów wybiera też wakacje na łodzi, BÅTSEMESTER - takich widywałam często zwiedzając zachodnie wybrzeże. 



Można znaleźć też określenia opisujące to, co się robi podczas urlopu, tak jak aktywne SPORTSEMESTER, oraz te odnoszące się do miejsca, gdzie się wypoczywa, na przykład uwielbiane przez Szwedów SKÄRGÅRDSSEMESTER, wakacje na szkierach. Natknęłam się też na słownictwo, opisujące to, z kim spędzamy urlop. Z całą rodziną: FAMILJESEMESTER, z dziećmi: BARNSEMESTER, czy po prostu w samotności: ENSAMSEMESTER.



Ciekawe statystyki na temat szwedzkiego podejścia do lata i wakacji prezentowałam Wam w czerwcowej akcji "W 80 blogów dookoła świata" sprzed dwóch lat - wpis możecie przeczytać TUTAJ.

Które słowo najlepiej opisuje Wasze tegoroczne wakacyjne plany?


Źródła:


Przeczytajcie koniecznie o słówkach i wyrażeniach z innych języków:


angielski:
chiński:

fiński:

francuski:

gruziński:
hiszpański:

japoński:

niemiecki:

rosyjski:

turecki:

włoski
Studia, parla, ama - 10 wakacyjnych słówek

13 czerwca 2017

Przeklęty prom

Statek Baltic Charisma wyrusza w swój kolejny rejs ze Sztokholmu do Finlandii. Początkowo ta listopadowa noc zapowiada się być jedną z wielu podobnych na tym promie – statek zamienia się w swojego rodzaju „Las Vegas dla ubogich”: dla wielu pasażerów najważniejsza podczas rejsu jest dobra zabawa i alkohol lejący się strumieniami. Dla pracowników promu to kolejny dzień intensywnej pracy i zabiegania o dobry humor gości. Wkrótce jednak rejs marzeń zamienia się w najgorszy koszmar. Na pokładzie znajdują się bowiem żądne krwi istoty o upiornych, nadprzyrodzonych mocach. Co więcej, te moce i żądzę mogą przekazywać dalej. Pasażerowie zostają odcięci od świata, uwięzieni na statku, zamknięci w labiryncie korytarzy na kilku pokładach. Chcąc uratować swoje życie i uniknąć rzezi, nie mogą już ufać sobie nawzajem. Nie zdają sobie sprawy, że jeśli tylko prom dotrze do celu, losy świata mogą zmienić się na zawsze. Brzmi strasznie?



W Przeklętym promie Matsa Strandberga głównych bohaterów jest kilkoro (narracja trzecioosobowa, prowadzona z różnych punktów widzenia). Mocną stroną powieści jest właśnie różnorodność bohaterów: jest tu skromna sześćdziesięciolatka Marianne, próbująca uciec od samotności, para nastolatków, Albin oraz Lo, wraz z rodzicami, których jednoczy a jednocześnie dzieli rodzinna tajemnica, a także były pracownik promu Calle, dla którego rejs po Bałtyku miał być romantycznym tłem oświadczyn. Śledzimy też wydarzenia z perspektywy kilkorga pracowników Baltic Charisma: Dana Appelgrena - podstarzałej gwiazdy Eurowizji o wybujałym ego, przedstawicielki ekipy ochrony Pii oraz barmana Filipa. Bohaterowie różnią się od siebie charakterem, ambicjami, płcią, wiekiem, orientacją seksualną czy pochodzeniem społecznym. Odzwierciedla to rzeczywiście cały przekrój różnych osobistości, jakie zazwyczaj pojawiają się na takich promach (z powodu tej różnorodności takie promy często opisuje się jako małe miasteczka). Z drugiej strony jest to przyczyną napięć, kryzysowa sytuacja wpływa na relacje między bohaterami. Ich zachowania są często nieprzewidywalne. Horrory i thrillery uważałam zawsze za mało ambitne czytadła, pod tym względem Strandberg mnie nawet trochę zaskoczył - wydaje się dobrym obserwatorem i słuchaczem, skoro potrafi tak zarysować sylwetki bohaterów i w poprowadzić dialogi tak, by ukazywały różne rejestry języka. I to właśnie przez te społeczne wątki, a wcale nie krwawe sceny, tak bardzo dałam się wciągnąć w to, co działo się na pokładzie przeklętego promu.


Jedyną kwestią, która mnie rozpraszała, była charakterystyka nadprzyrodzonych postaci – Strandberg tworzy „rasę” wampirów, których cechy i zachowanie różnią się od tych znanych w kulturze, z literatury czy filmów (np. tym, w jaki sposób można się przemienić, jak zachowują się „nowoprzemienieni”, jak można pokonać takiego wampira - nie żebym uważała się, za eksperta w dziedzinie, ale chociażby Wywiad z wampirem Czystą krew oglądałam z wypiekami na twarzy). Jednocześnie takie nowe, nietypowe ujęcie sprawia, że akcja staje się naprawdę nieprzewidywalna. Irytuje mnie też trochę wybór polskiego tytułu książki - w szwedzkim oryginale jest tylko Prom, a okładka moim zdaniem robi już robotę. Nazwanie promu "przeklętym" wydawało mi się trochę kiczowate.

Mats Strandberg znany jest polskim czytelnikom jako współautor trylogii Engelsfors dla młodzieży (thrillery fantasy Krąg, Ogień, Klucz – wydane przez Wydawnictwo Czarna Owca). Razem z Sarą Bergmark Elfgren za książkę Krąg otrzymał nominację do prestiżowej szwedzkiej nagrody literackiej - Nagrody Augusta, w kategorii Literatura dla dzieci i młodzieży. Książka została też zekranizowana (film wszedł na ekrany szwedzkich kin w lutym 2015).

Mats Strandberg Przeklęty prom (Färjan)
Wydawnictwo Marginesy 2017
przeł. Dominika Górecka

04 czerwca 2017

Niesamowita "Ekspedycja"

Nigdy nie interesowały mnie historie wypraw polarnych, ani tych dawniejszych, ani tych współczesnych. Podobnie jak Bea Uusma, autorka książki Ekspedycja. Moja historia miłości, w zasadzie nie znoszę chłodu, śniegu i zimy. Historia przedstawiona w Ekspedycji niepokoi i hipnotyzuje, w książce wyraźnie czuć emocjonalne podejście autorki do przedmiotu badań, jej fascynację, która sama w sobie fascynuje. Zarówno losy uczestników wyprawy, jak i pisarki sprawiły, że i we mnie „coś drgnęło”. Że długo nie mogłam przestać o nich myśleć. I chciałam o tej książce rozmawiać, więc z niecierpliwością wyczekiwałam polskiego wydania.



Bea Uusma jest ilustratorką, pisarką i lekarką. W połowie lat 90. zafascynowała się historią wyprawy balonowej Salomona Augusta Andréego. Przy czym w jej przypadku słowo "fascynacja" to wciąż za mało. Jak w takim razie nazwać to uczucie, które doprowadziło do tego, że po wielu latach pracy w zawodzie ilustratora i autora, Bea Uusma postanowiła rozpocząć studia lekarskie, by zyskać nową perspektywę dla swoich poszukiwań przyczyn śmierci uczestników wyprawy polarnej Andréego, i odbyła podróże polarne śladami trójki uczestników wyprawy balonowej? Owocem tego trudnego do okiełznania uczucia stała się książka Ekspedycja. Historia mojej miłości, nagrodzona w Szwecji w 2013 roku prestiżową Nagrodą Augusta w kategorii literatury faktu. Obecnie Bea Uusma pracuje jako lekarz w jednym ze sztokholmskich szpitali. 

W 1897 roku Salomon August Andrée, Knut Frænkel i Nils Strindberg podjęli próbę przelotu balonem nad biegunem północnym. Przez następne 33 lata nie było wiadomo, co stało się z uczestnikami ekspedycji. Dopiero w 1930 na Wyspie Białej w archipelagu Svalbard znaleziono ciała podróżników oraz pozostałości po ich ostatnim obozie. Przez prawie wiek różni eksperci próbowali rozwiązać zagadkę, dlaczego tych trzech podróżników zginęło, ale nie udało się jednak przedstawić żadnej naukowo udowodnionej teorii. Po ponad 100 latach od wyprawy Andréego Bea Uusma próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci uczestników ekspedycji polarnej, opisując także swoją własną determinację i pasję połączone wręcz z obsesją na tym punkcie. Dzięki temu Ekspedycja nie jest tylko opowieścią o trzech podróżnikach, ale staje się też niezmiernie ciekawą historią autorki. Historią jej miłości.



Książka ma bardzo przejrzystą strukturę, autorka świetnie łączy narracyjne fragmenty, oddziałujące na emocje czytelnika, z technicznymi opisami. A między nie wplata autentyczne cytaty z dzienników, dokumentów, listów, wspomnienia z własnych wypraw. Uusma nie pisze o podróżnikach z dystansu, przyjmuje bliższą perspektywę. Nie ukazuje ich jako niesamowitych śmiałków czy niezwykłych bohaterów, ale jako zwykłych ludzi, mających swoje pasje, marzenia i miłości. Szczególnie odczuć to można w przypadku historii Nilsa Strindberga i jego narzeczonej Anny Charlier, których rozdzieliła wyprawa balonowa. Podkreśla, że historia wyprawy to także historia osób, którzy na podróżników czekali. 

Pisanie Uusmy z taką pasją sprawia, że po lekturze wciąż jeszcze czuje się ciekawość, taki pozytywny niedosyt – chciałoby się jeszcze zajrzeć do map, przeczytać dzienniki czy dotrzeć do filmów na temat tych wydarzeń: nominowanego do Oscara w 1983 roku fabularnego Lotu orła Jana Troella, z Maxem von Sydowem w głównej roli, czy dokumentalnej kontynuacji Zmrożone marzenie tego samego reżysera z 1997. Na dokładkę chce się przeczytać wydaną w latach 50. w Polsce książkę Tragedia wśród lodów. Pamiętnik wyprawy S. A. Andree'go do bieguna, opracowaną na podstawie odnalezionych na Wyspie Białej dzienników podróży przez Andréego, Strindberga i Frænkela. 

Duże wrażenie robi estetyczne opracowanie książki, bardzo cieszę się, że wydawnictwo Marginesy zdecydowało się na wydanie Ekspedycji w kolorowej, albumowej formie, wzbogaconej o piękne zdjęcia i dodatkowe materiały od autorki. Książkę czytałam po raz pierwszy po szwedzku w wersji pocket - kieszonkowej (czy raczej torebkowej), czarno-białej, w której zdecydowanie przeważa tekst, pozbawionej wielu zdjęć i grafik. Ponowne śledzenie historii na różnokolorowych stronach z możliwością przyglądania się różnym odcieniom lodu, archiwalnym zdjęciom, skanom dzienników, próbkom piasku, stało się nowym, zupełnie innym, bardziej intymnym przeżyciem - szczególnie wtedy, kiedy można było autorkę podpatrzeć przy pracy i podczas wypraw. Coś drgnęło we mnie po raz kolejny.







Bea Uusma Ekspedycja. Historia mojej miłości. (Expeditionen. Min kärlekshistoria)
Wydawnictwo Marginesy 2017
tłum. Justyna Czechowska

25 maja 2017

Göteborgshumor, czyli z czego śmieją się mieszkańcy Göteborga

Majowa edycja akcji "W 80 blogów" dookoła świata zapowiada się naprawdę wesoło - tym razem wspólny temat, wokół którego na różnych blogach kulturowych i językowych pojawią się dzisiaj, o tej samej godzinie, nowe wpisy brzmi "Z czego śmieją się mieszkańcy...". Spodziewajcie się więc rekomendacji komedii, sitcomów, zestawów memów czy kompilacji żartów z różnych stron świata. Lista linków jak zwykle czekać będzie na Was pod moim wpisem.




W przypadku Szwecji i tego, co bliskie mojemu sercu, wybór tematu był prosty: GÖTEBORGSHUMOR, czyli göteborski humor. Nie potrafię wprawdzie wyjaśnić historii tego fenomenu,  przyjęło się jednak, że to göteborczycy mają najbardziej specyficzne poczucie humoru w całej Szwecji. Wiele opowiadanych przez mieszkańców Göteborga kawałów to zabawne historyjki, których bohaterem jest Glenn (to podobno najpowszechniejsze imię w tym mieście) i które często śmieszą tylko wtedy, jeśli ma się pojęcie o göteborskim dialekcie. Okazuje się też, że mieszkańcy Göteborga są mistrzami żartów słownych (ordvitsar) - a więc takich, które akurat i mnie śmieszą najbardziej. Do czytania dzisiejszego wpisu najlepiej przygotować sobie szklankę wody do popijania suchych kawałów i perkusję do robienia klasycznego już ba-dum-tss. I spokojnie - wiem, że nie wszyscy czytelnicy znają szwedzki, więc wszystkie żarty będę tłumaczyć. Albo przynajmniej podpowiadać, z czego tu się można pośmiać.



No to zaczynamy. Moje spotkania z göteborskim humorem zaczęły się od znajdowania zabawnych grafik i tekstów na stronach pokroju szwedzkiego Kwejka:



en haj = rekin



Lejonkungen = Król Lew
simbassäng = basen, ale można to też odczytać jako Simbas säng = łóżko Simby


Vad kallar man en nyanställd på McDonald's? 
- En nyburgare.
Jak nazywa się nowego pracownika McDonald's?
Podobne w wymowie: en nybörjare = początkujący i en ny burgare = nowy burger


Hur tröstar man en vegan? 
- Soja, soja, ingefära.
Jak pocieszyć weganina?
Såja, såja, ingen fara = Już, już, nic się nie stało.
Soja, soja, ingefära = Soja, soja, imbir.

Vad kallas det om det gör så ont att man svimmar när man tatuerar sig? 
-Bläck out
Jak nazywa się sytuacja podczas robienia tatuażu, kiedy mdleje się z bólu? 
Blackout = omdlenie
bläck = tusz

Vilken ryss hade namnsdag för ett dygn sedan? 
- Igor.
Jaki Rosjanin miał wczoraj imieniny?
Podobne w wymowie imię Igor i igår = wczoraj


Vad gör en arbetslös skådespelare? 
- Spelar ingen roll.
Co robi bezrobotny aktor? - Nie gra roli.


Hör du om tjuven som stal almanackan? -
 Ja, han fick 12 månader.
Słyszałeś o złodzieju, który ukradł kalendarz? - Tak, dostał 12 miesięcy.


Kiedy dotarłam już do Göteborga (i kiedy mój szwedzki był już na takim poziomie, że zaczęłam wyłapywać te wszystkie lokalne żarciki) - wtedy dopiero zaczęło się śmieszkowanie! Śmieszyło mnie wiele rzeczy, które napotykałam w codziennych sytuacjach:


Autobus wyświetlający napis: Buss och kram (dosł. autobus i uścisk), 
nawiązanie do zwrotu Puss och kram (dosł. buziak i uścisk)

W deszczowy tydzień pojawiła się parafraza tekstu piosenki Håkana Hellströma Känn ingen sorg för mig Göteborg, tu zamiast Göteborg mamy podobnie brzmiące Blöteborg od blöt = mokry

Nymålat rör!! (alltså rör ej!) = Świeżo malowana rura (to znaczy, nie dotykaj).
Tu żart polega na tym, że rör znaczy zarówno "rura" jak i "dotknij", więc karteczkę można byłoby też odczytać jako: Świeżo malowane, dotknij!! (to znaczy, nie dotykaj)


Kiedy wybrałam się na "focze safari" (więcej o tej wycieczce przeczytacie we wpisie o Lysekil - KLIK!) i wreszcie udało nam się wypatrzyć pierwszą grupę fok wygrzewającą się na skałach, przewodniczka zaproponowała, żebyśmy wyjęli aparaty i zrobili sobie nie tyle selfie co sälfie (foka to po szwedzku säl).




Można było zażartować nawet z kampanii reklamowej Universeum - Welcome to Gothenburg. Home of sloths. Bo wiecie, jakie miejsce w Göteborgu nadawałoby się najlepiej jak dom dla leniwców (sloths)? Slothskogen - w mieście znajduje się bowiem park o nazwie Slottskogen (brzmi podobnie jak wymyślone słowo slothskogen, a samo słowo skog znaczy las)





Co jeszcze? Göteborczycy z humorem traktują też swoje miasto. Wiele budynków, obiektów czy dzielnic nosi zabawne nazwy, oficjalnie lub tylko potocznie. Najbardziej znanym tego przykładem jest Feskekôrka, czyli "rybny kościół", który tak naprawdę jest halą targową, gdzie sprzedaje się głównie ryby i owocne morza. Ale z zewnątrz rzeczywiście może przypominać świątynię.



Szczególny stosunek, taką trochę love-hate relationship, mieszkańcy mają natomiast do innego rozpoznawalnego budynku. Lilla bommen ze względu na nietypowy wygląd zdecydowanie częściej nazywany jest "szminką", Läppstiftet, "klockiem Lego", Legobiten, albo "domkiem z Lego", Legohuset. Co ciekawe, kiedy budynek został uznany za najbrzydszy w całej Szwecji, nieco zakompleksieni Göteborczycy podobno mieli jednak powód do radości — bo wreszcie wyraźnie w czymś prześcignęli inne miasta.



Fontannę znajdującą się między pasami drogi przy Götaplatsen (na żadnym zdjęciu jej nie uwieczniłam) mieszkańcy z racji jej umiejscowienia nazywają Biltvätten - myjnią samochodową, Bussbidén - bidetem dla autobusów, Blötaplatsen - tu mamy "mokre" zagranie na nazwie placu - albo Poseid-ån - od innej, znajdującej się w pobliżu fontanny z Posejdonem i słowa en å - rzeka.





Podobają mi się też dwa zabawne określenia związane z religią. W dzielnicy Heden znajduje się katolicki kościół pod wezwaniem Chrystusa Króla (Kristus Konungens katolska kyrka). Żartobliwie nazywany jest Hedendomen, co może znaczyć "katedrę w Heden" - tak samo jak Lundadomen to katedra w Lund, Nidarosdomen to katedra Nidaros w Trondheim czy Kölnerdomen to katedra w Kolonii. Żart nie polega tylko na nazywaniu zwyczajnego kościoła mianem katedry, ale na tym, że słowo hedendom znaczy... pogaństwo. 
Drugie określenie odnosi się do wysokiego, nowoczesnego budynku hotelu Gothia Towers, przylegającego do budynku targów Svenska Mässan. Hotel nazywany jest Högmässan, co właściwie dałoby się przetłumaczyć jako "wysokie targi", ale poza tym högmässan oznacza uroczystą, ważną mszę.



Mam nadzieję, że uśmiechnęliście się pod nosem nie raz!


Źródła:


A tu przeczytacie, z czego śmieją się mieszkańcy:


Chin:
Biały Mały Tajfun - Z czego śmieją się Chińczycy?
Francji:
Français mon amour - Z czego śmieją się Francuzi?

Gruzji:
Gruzja okiem nieobiektywnym: Z czego śmieją się Gruzini?
Hiszpanii:
Hiszpański dla Polaków - Z czego śmieją się Hiszpanie?
Japonii:
japonia-info.pl - Co śmieszy Japończyków

Kirgistanu:
Niemiec:
Niemiecki w domu - Z czego śmieją się Niemcy  
Turcji:
Turcja okiem nieobiektywnym - Z czego śmieją się Turcy?
Włoch:
Studia, parla, ama - Z czego śmieją się Włosi?
Różnych krajów:

21 maja 2017

O czym są "Moraliści" Katarzyny Tubylewicz?

"Moralistów" Katarzyny Tubylewicz czytałam z samoprzylepnymi zakładkami i ołówkiem pod ręką. Jest w niej zawartych wiele spostrzeżeń, uwag, komentarzy i  pytań, które w jakiś sposób są mi bliskie, nad którymi warto się pochylić, do których chciałabym jeszcze wrócić za jakiś czas. 

To ważne, bo jak tylko usłyszałam o tej książowej zapowiedzi, to mimo całego mojego zaufania do Tubylewicz jako dziennikarki i pisarki, zastanawiałam się, czy to dobry moment na taką książkę. Czy nie za wcześnie jeszcze na rozliczanie Szwedów i ich "moralizmu", akurat teraz, w samym środku wydarzeń, zmian i nowych wyzwań (także tych najświeższych, najbardziej dramatycznych). Czy rozliczanie Szwedów z polską perspektywą gdzieś z tyłu głowy, której pewnie trudno się pozbyć nawet po kilkunastu latach dorosłego życia w Szwecji, jest w stu procentach w porządku. Zastanawiałam się też, jak polscy czytelnicy potraktują tę książkę, skoro jak pisze autorka: w spolaryzowanym, pękniętym na pół społeczeństwie polskim Szwecja jest ekranem, na który projektujemy nasze sprzeczne nadzieje, lęki i uprzedzenia. Jak analiza postaw i myślenia Szwedów oraz działań szwedzkich polityków mieści się w takiej projekcji? I wreszcie, czy mamy dobry, neutralny język, by o tym wszystkim opowiadać? To pytanie zresztą, ku mojemu zadowoleniu, pada także w książce.




I nie tylko to jedno. "Moralistów" docenić trzeba za to, że to książka, w której nie stawia się diagnozy, ale raczej pytania: 

Przez moją opowieść o Szwecji i kilku ideałach przewija się wciąż jeden temat: wyzwania globalizacji i wielokulturowości. Jak sobie z nimi radzić w sytuacji kryzysu migracyjnego? Jak pozostać człowiekiem? Jak zachować zdrowy rozsądek? Jak pogodzić ze sobą wszystkie ideały i wartości liberalnej demokracji, które nagle przestają do siebie pasować, niczym odkształcone wilgocią puzzle?

W poszukiwaniu odpowiedzi Tubylewicz odbywa w Szwecji wiele rozmów z osobami, które często wypowiadają się we współczesnej debacie publicznej, jak i tymi mniej znanymi, "prywatnymi". Jej rozmówcami często byli i ci, których sama co jakiś czas czytuję i śledzę w mediach, więc czytało mi się tym lepiej, kiedy mogłam wręcz wyobrazić sobie ich głosy. W książce przeczytamy wypowiedzi m.in. pisarza i artysty Jonasa Gardella, pisarki i dziennikarki Elisabeth Åsbrink, literaturoznawczyni Ebby Witt-Brattström, pisarza i dziennikarza Niklasa Orreniusa czy biskup Kościoła Szwedzkiego Eva Brunne. Polski akcent stanowią dziennikarz Maciej Zaremba Bielawski, kryminolog Jerzy Sarnecki (których obecności w takiej książce można się zresztą było spodziewać), związany z mediami Adam Potrykus, pracująca w opiece penitencjarnej Dominika. Tubylewicz rozmawiała też z pracownikami Urzędu do Spraw Migracji i ośrodków dla azylantów, aktywistkami na rzecz praw kobiet i muzułmankami, policjantem o afgańskich korzeniach organizującym wykłady dla młodych uchodźców z Afganistanu czy kuratorką wystaw, która z wyboru zamieniła centrum kultury na pracę w biurze pogrzebowym. Z ich wypowiedzi można spróbować ułożyć patchworkowy obraz tego, jaka dziś jest Szwecja i jacy są Szwedzi. W żadnym jednak miejscu autorka wcale nie przeczy także tej jaśniejszej wizji Szwecji, niczego Szwecji nie odbiera - kieruje jednak swoje reporterskie spojrzenie w inną stronę.

Siłą książki jest to, że Tubylewicz patrzy na Szwedów-moralistów nie tylko z perspektywy migracji i wielokulturowości, tak nośnych i - bądź co bądź - medialnych. Splatają się tu kwestie szeroko pojętego równouprawnienia, tolerancji, różnych sposobów rozumienia rasizmu, feminizm, sytuacjia osób LGBT, religijności, wiara w ludzi, definiowanie pomocy i poczucia winy, rozważania o śmierci, tematy tabu. Nie zabrakło też polsko-szwedzkich odniesień i porównań, w tym także do mieszkających w Szwecji polonusów (co wśród rozważań wokół integracji uważam za bardzo istotne). Pokazuje też to, co sama podkreślam na co dzień - że to, jak wygląda szwedzkie społeczeństwo to wypadkowa naprawdę wielu czynników. Może dlatego wszelkiego rodzaju oceny czy wprowadzanie zmian są tak trudne?

Ze wszystkich rozmów najbardziej utkwiły mi w pamięć dwa stwierdzenia, które śmiało mogłyby stanowić myśl przewodnią całej książki i dalszych dyskusji na jej temat. Pierwsze z nich to odpowiedź Macieja Zaremby odpowiadając na pytanie, czy Szwecja ma problem z imigrantami czy imigranci mają problem ze Szwecji. Zaremba podkreśla, że problem jest przecież wspólny (o czym nie wszyscy pamiętają albo pamiętać nie chcą). Drugie to spostrzeżenie Jonasa Gardella: Sama koncepcja folkhemmet - domu ludowego, w którym wszyscy są równo traktowani, zawiera też w sobie, niestety, wielką podejrzliwość, z jaką patrzy się na jednostki, które nie pasują, odstają. Inna rzecz, że każde społeczeństwo jest zawsze zależne od jakiegoś Innego, a koncepcja "Innego" zmieniała się przestrzeni czasów: Żydzi, katolicy, Romowie i koczownicy (bo Gardellowi pewnie chodziło o bardziej tattare niż Tatarer), homoseksualiści czy teraz muzułmanie. Odnieść je można zarówno do samej Szwecji w wydaniu bardzo nie-lagom, ale i tego, co dzieje się teraz na świecie w ogóle.

Na koniec wracam jeszcze do postawionego przeze mnie na początku pytania o polskiego odbiorcę. Bo "Moralistów" można odczytać różnie. Jako głos, skłaniający do dyskusji nie tylko nad Szwecją, ale i zjawiskami charakterystycznymi dla dzisiejszych czasów - ileż to razy podczas lektury miałam ochotę zamruczeć pod nosem: what a time do be alive! Czytając niektóre rozdziały zastanawiałam się jednak, czy nie zostanie potraktowana jako podawanie na tacy argumentów dla wszystkich tych, którzy już teraz uważają, że Szwecji już nie ma. I to argumentów lepszych niż tłumaczone z błędami internetowe newsy, bo w wydanych w formie książki. Obawiam się też z drugiej strony, czy stwierdzenie, że i my, Polacy, kiedyś możemy stać się nowoczesnym, zsekularyzowanym, idealnym społeczeństwem nie sprawi, że niektórym nie będzie chciało się tej książki dalej czytać. A byłoby szkoda, bo naprawdę warto, niezależnie od tego, jaki obraz Szwecji mamy i znamy.

Z jednym tylko nie mogę się zgodzić - na stronie wydawnictwa Wielka Litera (i po części także z tyłu na okładce) możemy przeczytać, że "to nie jest książka o cynamonowych bułeczkach, czerwonych domach i małomówności". Moim zdaniem jednak właśnie o tym jest. O tym, co sznuruje Szwedom usta, o zapraszaniu do domu i korzyściach z multikulti.


Katarzyna Tubylewicz Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie
Wydawnictwo Wielka Litera
2017
wszystkie cytaty pochodzą z tej książki

19 maja 2017

Jak tanio podróżować po Szwecji - 7 ważnych porad

Jak tanio podróżować po Szwecji? Jak wyjechać na wakacje do Szwecji i nie zbankrutować? Gdzie w Szwecji można tanio zjeść? I gdzie znaleźć tanie noclegi? Takie pytania bardzo często pojawiają się w wiadomościach, które do mnie wysyłacie. Na wysokie ceny w Szwecji skarży się wielu turystów, zdarzyło mi się nawet słyszeć takich, którzy z założenia zapierali się, że do Szwecji nie pojadą, bo drogo (to jeden z często powtarzanych argumentów, dlaczego nie warto wybrać się na szwedzkie wakacje, o których na blogu już pisałam).


Na Wasze pytania nie mam niestety jednoznacznych odpowiedzi, co nie znaczy, że tanie podróże po Szwecji są niemożliwe. Przygotowałam dla Was kilka porad, które  moim zdaniem warto wziąć pod uwagę, jeśli rozważacie wycieczkę na Północ.



1. Zacznij od planu!


Planowanie, działanie według harmonogramu i odhaczanie punktów na listach rzeczy do zrobienia - w tym wszystkim odnajduję się najlepiej. Słowo "spontan" rzadko kiedy pojawia się w moim słowniku. Niektórych może do doprowadzać do szału, ale bardzo przydaje się, jeśli liczycie na tani wyjazd do Szwecji, bo oszczędzić można już na etapie samej podróży z Polski na Północ.

Warto poświęcić trochę czasu na rozważenie wad i zalet różnych środków transportu, wybrać ten, który będzie najlepiej odpowiadał Waszym potrzebom i temu, jakiego rodzaju wycieczki lubicie. Podróż samolotem przede wszystkim trwa najkrócej i wystartować można z wielu miast w Polsce: z Poznania, Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Katowic, Gdańska, Lublina, a loty obsługują często tanie linie lotnicze (WizzAir i Ryanair). Z Polski dolecimy na sztokholmskie lotnisko Skavsta, göteborskie Landvetter, a także na lotniska w Malmö czy od niedawna Växjö. Warto pamiętać, że lotniska te są często oddalone od dużych miast, więc trzeba liczyć się z zakupem dodatkowych biletów, na przykład na autobusy lotniskowe Flygbussarna - Skavsta leży około 100 kilometrów od Sztokholmu, bilet na Flygbussa w jedną stronę kosztuje 139 kr, a więc jakieś 60 zł - zdarza się więc nawet, że bilet na samolot może okazać się tańszy.

Zależnie od tego, jaki charakter ma mieć Wasz wyjazd, może okazać się, że lepszym wyborem będzie rejs - promy do Szwecji kursują ze Świnoujścia do Ystad (Unity Line, Polferries) lub Trelleborga (TT-Line), z Gdańska do Nynäshamn (Polferries) i z Gdyni do Karlskrony (Stena Line). To korzystne rozwiązanie dla tych, którzy chcą zwiedzać Szwecję własnym samochodem lub nie martwić się o limity bagażu. Ponadto, przewoźnicy oferują też pakiety wycieczkowe. Zresztą, rejs sam w sobie może okazać się niezłą atrakcją (mam tu na myśli dyskoteki, koncerty i innego rodzaju imprezy na pokładzie). Nam w planowaniu kilka razy pomogło to, że wybraliśmy rejs nocny - noc na promie nie kosztowała tyle co nocleg w Szwecji, a od razu po zejściu na ląd mogliśmy zacząć zwiedzanie.



Niezależnie od tego, czy będziecie się poruszać w powietrzu czy po wodzie, warto poświęcić trochę czasu na porównanie ofert i zapolowanie na oferty promocyjne. Na pewno słyszeliście o portalach internetowych, które Wam to ułatwiają, bo zbierają dla czytelników o promocjach i korzystnych tanich lotach. Operatorzy promów też mają swoje promocje - a to jeden dzień w tygodniu, kiedy rejsy są tańsze, a to kampanie promocyjne, a to dni otwarte, kiedy obowiązuje inny cennik. Dobrym pomysłem może być zapisanie się na newsletter przewoźników.

Zsynchronizujcie to jeszcze z Waszymi kalendarzami i w drogę!



2. Tanio z punktu A do punktu B


Tanie przemieszczanie się po Szwecji też udaje się tym, którzy połknęli bakcyla planowania. Opłaca się rezerwowanie biletów z wyprzedzeniem. Przygotowując wpis, sprawdzałam, ile kosztowałby bilet kolejowy drugiej klasy ze Sztokholmu do Umeå - teraz, w maju, za bilet kupowany z dnia na dzień zapłacilibyśmy ok. 825 kr, a bilety na sierpień są od 455 kr, a więc prawie dwa razy taniej. Cena zależy też od tego, czy chcemy mieć zapewnioną możliwość zmiany rezerwacji lub zwrotu pieniędzy w przypadki odwołania wyjazdu. Podróż autobusem często bywa tańsza niż pociągiem.





Korzystanie z komunikacji miejskiej może wyglądać różnie w zależności od miasta - w Sztokholmie najkorzystniejszy jest zakup karty SL. Ładuje się ją biletami okresowymi lub określoną kwotą, z której ściągana będzie opłata za pojedyncze podróże. W Göteborgu można za to kupować bilety bezpośrednio w autobusach lub tramwajach. Jeśli w jednym z większych miast spędzicie kilka dni, na pewno będzie się Wam opłacać kupienie biletów okresowych, np. ważnych przez 24 albo 72 godziny. Z komunikacji miejskiej możecie korzystać bezpłatnie, jeśli będziecie zwiedzać miasta z kartami turystycznych np. Göteborg City Card (automatycznie) czy Stockholm Pass (przy wyborze droższego wariantu Pass + Travel).

Moim ulubionym szwedzkim rozwiązaniem jest to, co na wakacje proponuje Skania - karta Jojo Sommar, ważna od 15 czerwca do 15 sierpnia i obejmująca podróże pociągami i autobusami na terenie całego regionu za jedyne 675 kr (tyle kosztuje bilet miesięczny na sam Göteborg). To zdecydowanie zachęca do zwiedzania!





3. Jak sobie zarezerwujesz, tak się wyśpisz


Na wielu blogach poświęconych podróżom znajdziecie pewnie relacje z objazdówek po Skandynawii z namiotem, informacje o allemansrätten (o tak zwanym prawie wszystkich ludzi), oraz o prawie jednej nocy, które pozwala poważnie oszczędzić na noclegach, bo można rozbić się w dowolnym miejscu na jedną noc (co nie do końca oznacza możliwość rozstawiania namiotu gdzie popadnie). Namioty, kampery i pola kempingowe to nie mój styl podróżowania, więc nic Wam w tej kwestii nie doradzę, ale mogę podpowiedzieć, że oprócz hoteli, hosteli czy B&B mogą Was zainteresować vandrarhem - schroniska młodzieżowe. Te szwedzkie, które miałam okazję odwiedzić, różniły się standardem od tych, które utkwiły mi w pamięci po szkolnych wycieczkach po Polsce w podstawówce. Jeśli zdecydujecie się na zarezerwowanie pokoju w takim obiekcie, pamiętajcie, że szwedzkie schroniska młodzieżowe STF honorują Legitymację Międzynarodową Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych (PTSM) / Hostelling International, dzięki której możecie zyskać od 10% zniżki na noclegi. Wyrobienie legitymacji kosztuje 45 zł (25 zł dla uczniów i studentów), ja do tej pory korzystałam z Międzynarodowej Legitymacji Studenckiej ISIC-PTSM, działającej na tych samych zasadach (kosz wyrobienia 39 zł, 89 zł w wersji z ubezpieczeniem).

Znacznie częściej Szwecję miałam okazję poznawać dzięki gospodarzom z serwisu Couchsurfing, swojego rodzaju portal społecznościowy, dzięki któremu można znaleźć użytkowników, udostępniających swoje mieszkania, pokoje lub czasem dosłownie kanapy. Od pewnego czasu, gdy o Couchsurfingu zrobiło się głośno, coraz więcej osób zaczęło traktować jego społeczność jako bezpłatne hotele, ale to przecież nie o to chodziło. Couchsurfing to okazja do spotkań, wymiany doświadczeń i umiejętności, warto to docenić - żaden książkowy przewodnik nie nauczył mnie o Szwecji tyle, co sami Szwedzi. Ale swoją drogą, Couchsurfing rzeczywiście ogólnie obniża koszt wycieczki.



4. Gdy zaburczy w brzuchu...

Na tańsze żywienie się za granicą jest kilka patentów. Po pierwsze, po studencku można zabierać ze sobą prowiant. To zresztą nie zawsze jest takie proste, kiedy obowiązują nas ograniczenia wagi bagażu, poza tym taki studencki sposób na wyjazd budzi sporo emocji (we wpisie na temat tego, co warto zabrać ze sobą na wycieczkę do Szwecji, ta kwestia była dość żywo komentowana). 
Po drugie, na zakupy lepiej wybierać się do sieci tańszych marketów: Lidla, Netto czy Willy:s zamiast takich jak Coop, ICA czy Hemköp. 
Po trzecie, jedzenie na mieście podczas wakacyjnego wyjazdu wcale nie musi nas doszczętnie zrujnować. Wiele szwedzkich restauracji ma w ofercie dagens rätt/dagens lunch, danie/lunch dnia, nazywane często po prostu dagens, serwowane w określonych godzinach (np. 11.00-15.00) specjalnej cenie, często około 90-100 kr (około 40 zł). W cenę zazwyczaj wliczony jest bar sałatkowy, pieczywo, zimny napój oraz kawa.

Kroppkakor - dagens rätt z restauracji w Kalmarze

Pytt i panna - dagens rätt w restauracji w Fjällbacce


Jak czwartek, to naleśniki - pannkakor med sylt och grädde w Lysekil

Jeśli chcecie spróbować czegoś typowo szwedzkiego (np. klopsów czy smażonego śledzia), poszukajcie hali targowej (saluhall) - tam będziecie mieć na to zdecydowanie większe szanse! Z moich doświadczeń wynika, że znalezienie lokalu serwującego domowe szwedzkie danie wymaga wcześniejszych poszukiwań w internecie, zasięgania języka u tubylców albo po prostu szczęścia. 






5. Tanie zwiedzanie


Zwiedzanie ciekawych obiektów też wcale nie musi oznaczać drastycznego uszczuplenia portfeli. Fakt, są takie atrakcje turystyczne, do których wstęp nie kosztuje grosze, ale są tego absolutnie warte - jak sztokholmski Skansen (180 SEK), Muzeum Statku Vasa (130 kr) czy Fotografiska (130 kr). Od niedawna za to postanowiono, by w osiemnastu państwowych muzeach (w tym w trzynastu znajdujących się w stolicy) obowiązywał darmowy wstęp. Dzięki temu można bezpłatnie zwiedzić na przykład Moderna museet (Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Współczesnej), Kungliga Myntkabinettet (Królewski Gabinet Monet), Forum för Levande Historia (Forum Żywej Historii) czy Stadsmuseet (Muzeum Miejskie) w Sztokholmie, a także Moderna museet w Malmö, Marinmusem (Muzeum Marynarki Wojennej) w Karlskronie, Världskulturmuseet (Muzeum Kultury Światowej) w Göteborgu.

Poza tym, niektóre muzea mają swojego rodzaju darmowe happy hours, jak na przykład warte uwagi Nordiska Museet (Muzeum Nordyjskie), które można zwiedzać bezpłatnie w środy 17:00-20:00. 



Wspominałam też o kartach turystycznych w Sztokholmie i Göteborgu - działają w ten sposób, że płaci się za nie raz (przykładowo, za wariant karty ważny 3 dni w Göteborgu  695 kr, w Sztokholmie 995 kr), a potem dzięki temu zyskuje wolny wstęp do wielu najważniejszych obiektów. Jestem wielką fanką tego typu rozwiązań, tym bardziej, że podczas krótkich wycieczek zazwyczaj i tak chcę zobaczyć jak najwięcej, a dzięki kartom nie trzeba z tego rezygnować w obawie o zasobność portfela. Poza tym, mogłam pozwolić sobie na turystyczne guilty pleasures, jak wycieczka autobusem typu hop-on, hop-off. W Göteborgu podobało mi się, że karta obejmowała też komunikację miejską, a więc i wyspy szkierowe południowego archipelagu.






6. Loppis na pamiątkę


Pamiątki potrafią być drogie. Za byle gadżety z motywem łosia, szwedzkiej flagi czy konika z Dalarny czasem przychodzi zapłacić wielokrotnie więcej niż są tego tak naprawdę warte.




 O tym, że czasem fajnie jest przywieźć ze Szwecji coś zupełnie innego niż produkty ze sklepów i stoisk z napisem souvenirer, pisałam Wam we wcześniejszym poście (KLIK!). Polecałam Wam wtedy rozglądanie się za szkłem, książkami, a przede wszystkim zwykłą wizytę do lokalnego marketu - bo kto powiedział, że pamiątki to tylko takie rzeczy, które można ustawić na kominku lub przyczepić do lodówki, a nie takie, które można zjeść lub wypić, najlepiej z przyjaciółmi?

Jeśli jednak lubicie pamiątki, które nie mają daty ważności, wybierzcie się na loppis, pchli targ. Lato to najlepszy sezon dla miłośników polowania na okazje. Są pchle targi na powietrzu, są takie na wielkich halach. Są takie profesjonalne, jak i mniejsze, rodzinne. I na pewno da się tam znaleźć skarby, mniej lub bardziej związane ze Szwecją, za które uda się zapłacić mniej niż w gdziekolwiek indziej! Więcej o loppisach przeczytacie w archiwalnych poście (KLIK!)


7. A na koniec...


Na zakończenie jedna ważna uwaga, która być może powinna znaleźć się na samym początku.

Nie dajmy się zwariować. Nie zafiksowujmy się tylko i wyłącznie na tym, by jak najmniej wydać, nie zajmujmy się tylko przeliczaniem cen na złotówki i ważeniem w dłoni każdej korony (no, raczej metaforycznie, bo jeśli pójdziecie śladem Szwedów, pewnie częściej przyda się Wam karta płatnicza). W ten sposób można sobie naprawdę zepsuć urlop, a jeśli jedziecie z kimś - doprowadzić do sprzeczek. Najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Dobre planowanie i wcześniejszy research mogą same w sobie okazać się kluczem do sukcesu, który jednocześnie pozwoli nam się w stu procentach cieszyć się z wyjazdu i przywieźć mnóstwo dobrych wspomnień.





Co Wy dodalibyście jeszcze do listy? A może macie zupełnie inne doświadczenia?
Podzielcie się nimi w komentarzach!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...